Po raz pierwszy piszę po ponad tygodniowej przerwie. No cóż, miałam bardzo dużo pracy i wszystko nagle zrobiło się 'równie ważne'. Nie było mnie w domu po 9-10 godzin dziennie, ciągle jeździłam, goniłam, uczyłam, pracowałam. Było przy tym sporo pośpiechu, stresu, no i zmęczenia. Zaczęłam być przemęczona, znów nie słyszałam budzika, śniło mi się, że po raz kolejny zaspałam na korepetycje, nie zawsze miałam czas na śniadanie, a całymi wieczorami nadrabiałam zaległości serialowe, wylegując się w salonie przed telewizorem. Gdy wychodziłam do swojego pokoju, odpalałam kompa, przeglądałam jeszcze allegro, fejsbuka, szukałam materiałów na korki, potem jeszcze ostatkiem sił czytałam 'Stardust' ze słownikiem- w telefonie- pod ręką. Gdy w sobotę, po powrocie z fotobudki, zachciało mi się płakać na widok obdartego przez zmywarkę kubka, postanowiłam coś z tym zrobić.
Wcale nie zrezygnowałam z zajęć w szkole, ani z korków. Po prostu zaczęłam rozsądniej odpoczywać, zdrowiej się odżywiać, bardzo mało czasu spędzać przy komputerze i, jak dotąd, efekty widać, naprawdę. Wszak, zdrowe jedzenie i dbanie o kulturę fizyczną, to podstawy zdrowego trybu życia, co? Teraz, gdy przychodzę do domu wieczorem, nie siadam przed komputerem, ale zakładam ciepłą bluzę, adidasy i idę się przejechać na rowerze lub pobiegać. Wczoraj ostatecznie udało mi się zasnąć bez komputera. Czytałam do poduchy 'Stardust', ale tym razem w pogotowiu był słownik papierowy. Wyobraźcie sobie, że obudziłam się pół godziny przed budzikiem, wyspana, zregenerowana. Jednak coś w tym jest.
Jeśli zatem, wieczorem nie możecie spać, odłóżcie na godzinę-dwie przed snem laptopy i smartfony, poruszajcie się trochę na świeżym powietrzu, a do poduchy, zamiast ślęczenia nad raportami/wiadomościami/allegro, polecam ulubioną książkę/gazetę i wyspanie się macie jak w banku. Za dobre rady i namówienie mnie do zmiany złych nawyków przed snem, dziękuję mojemu ukochanemu chłopakowi Kamilowi.:P
'Wychowanie przez czytanie', o dobrej książce słów kilka
Wspominałam w kilku poprzednich wpisach, że jestem zaczytana w doskonałej pozycji pedagogicznej, która nie tylko uczy, naprowadza, ale i motywuje. Swoją opinię, co do książki Ireny Koźmińskiej, podtrzymuję i pod wszystkimi poradami, tezami, podpisuję się. Zdecydowanie, jestem zwolenniczką wychowania z ograniczonym dostępem do smartfona, telewizji, czy internetu. Nic nie wprowadza tyle dobrych wartości u dziecka, co czytanie, przede wszystkim- czytanie mu na głos. Co do roli wyżej wymienionych dobrodziejstw technologicznych, one są dobre i użyteczne, sami wiemy, że nie pozbędziemy się ich zupełnie, bo one czasami naprawdę pomagają w wychowaniu, nauce, albo są źródłem dobrej, radosnej zabawy dla naszych dzieci. Jednak, jak apeluje pani Irena, nie wszystkie bajki są bajkami dla dzieci i nie wszystkie gry niosą ze sobą dobrą zabawę- często przemoc, agresję i cały wachlarz negatywnych emocji.
Możecie sobie myśleć, że nie mam prawa się na ten temat wypowiadać, bo skąd wiem, bo nie mam jeszcze własnych dzieci. Może i nie mam, ale wierzcie mi, spędzam z nimi 3/4 swojego życia, i 4/4 życia zawodowego. Wiem albo dowiaduję się, jakie metody na nie działają, jak je motywować, co może je zniechęcić. Od tego roku, po lekturze 'Wychowania..' zaczęłam każdemu z moich korkowych dzieci, czytać bajkę lub jakąś historyjkę w trakcie zajęć. Nie dość, że bardzo im się podoba, to stały się spokojniejsze, potrafią skupić więcej uwagi na zadaniach i czekają, naprawdę czekają na kolejną dawkę historii/baśni.
Zaczynając przygodę z głośnym czytaniem, zwróćmy jednak uwagę, że każda lektura nadaje się dla odpowiednio 'dojrzałego' odbiorcy. I o ile 'Plastuś' spodoba się sześciolatkowi, to dziesięciolatek 'Pana Tadeusza' może nie zrozumieć. Przed rozpoczęciem głośnego czytania swoim dzieciom, skonsultujcie swoje typy czytelnicze z tą stronką:
http://www.calapolskaczytadzieciom.pl/zlota-lista
Miłego odbioru i dobrego dnia życzę! optymisia;)
poniedziałek, 21 września 2015
czwartek, 10 września 2015
Jak człowiek się uczy, a jak odpoczywa, czyli dlaczego nie wiemy wszystkiego i moje nowe postanowienie
Ostatnio czytałam artykuł na temat wieku, który jest zaporą dla przyswajania wiedzy. Okazuje się, że mózg sześćdziesięciolatka trenowany i stymulowany przez całe życie może działać sprawniej, niż mózg ośmiolatka spędzającego lwią część swojego życia przed telewizorem i na smartfonie. Taki wiek zatem nie istnieje. Hura!
Inna sprawa jest taka, że aby ten mózg działał tak, jak powinien, musi być poddawany bodźcom, często, lecz nie stale.
Przypomnijmy sobie, jak to było podczas powrotu do szkoły we wrześniu, kiedy po długim odpoczynku trzeba było coś szybko policzyć albo mówić płynnie po angielsku. Pod warunkiem, że wakacji nie spędziliśmy w książkach lub w Londynie, przychodziło nam to z trudem. Byliśmy natomiast wypoczęci i jakoś w te coraz trudniejsze etapy edukacji dawaliśmy radę się wdrożyć. Oczywista oczywistość- poza stymulacją, mózg wymaga regeneracji. I to jest baaardzo ważne.
Nie możemy działać na okrągło, bo w pewnym momencie będziemy mieć po prostu dość i nie tylko mózg, ale również nasze ciało zaczną się buntować. Jeśli jesteśmy pracusiami i mamy bardzo dużo zajęć, wydaje się, że nie ma czasu wytchnienia. Otóż, musi być. Postarajmy się w ciągu dnia znaleźć kilkuminutowe chwile, w których będziemy się szybko regenerować. Sposobów jest mnóstwo, ja znam i polecam kilka z nich:
1. Przez 3-5 minut patrz w jeden punkt nie myśląc o niczym. Pomaga zwalczyć gonitwę myśli i uwolni nas od ciągłego myślenia o tym, co dziś jeszcze trzeba zrobić- chociaż na te 3 minuty, warto.
2. Celebruj picie herbaty. Wstań 5 minut wcześniej, albo znajdź je w ciągu dnia i usiądź po prostu, zrób coś prostego, co lubisz i ciesz się tym, poświęcając temu całą swoją uwagę.
3. Nie zrywaj się rano z łóżka(łatwo powiedzieć). Zamiast ustawiać kolejną drzemkę, przetrzyj oczy, przeciągnij się i poleż jeszcze 5 minut w łóżku, zanim zaczniesz kolejny zabiegany dzień.
Mam wrażenie, że są to rady ode mnie dla mnie, sama często zapominam o tym, jak ważny jest odpoczynek, biorąc na siebie dużo obowiązków. Niestety, lepiej już raczej nie będzie, jestem po prostu takim typem osoby, której się nudzi, gdy nie podejmuje działania, ale przez ostatnie trzy lata poczyniłam postępy, nauczyłam się odpoczywać i jestem znacznie szczęśliwsza, zrobiłam więcej niż wcześniej i wiem znacznie więcej.
Wciąż jednak nie wiem wszystkiego, co niekiedy mnie frustruje;p. Stąd mój nowy pomysł dot. nauki nowych słówek z angielskiego. Ponieważ uczę i chciałabym to robić na większą skalę również w przyszłości, pewne rzeczy znać/wiedzieć po prostu wypada. Okazuje się, że diabeł, jak to bywa, tkwi w szczegółach, i czasem sama siebie zaskakuję swoimi brakami. Z taką sytuacją miałam do czynienia rok temu, podczas moich pierwszych praktyk w szkole, gdy piątoklasiści uświadomili mi, że papużka falista po angielsku to budgie, a także wczoraj, podczas spotkania Language Exchange Meeting, gdzie zdałam sobie sprawę, jaka jestem mało dociekliwa i czego nie uczę się z własnej ciekawości.
Samochód, jaki jest każdy widzi. I to, że po angielsku nazywa się car- wiadomo. Ale jak jest pedał gazu, schowek, lusterko wsteczne- to już rzeczy mniej oczywiste, a przecież w samochodzie też mają swoje miejsce i są równie ważne jak np. szprychy, czy kierownica w rowerze, a jednak podczas nauki je sobie odpuszczamy. Nie mogłam tego przeżyć i postanowiłam wziąć się do roboty. Myślę, że dobrym sposobem na naukę takich słówek jest obserwowanie rzeczy, których używamy na co dzień i próba opowiedzenia sobie o nich w myślach. Zwracając na to uwagę, będzie łatwiej je skojarzyć i zapamiętać. Na przykład, jadąc wspomnianym wyżej samochodem warto (oczywiście nie podczas samej jazdy, tylko przed odpaleniem) zastanowić się, jak będzie skrzynia biegów, wycieraczka, czy kierownica, których przecież wciąż używamy. To samo w kuchni, rozglądnijmy się czasem, ogarniając ją bardziej szczegółowo, pomyśleć, jak będzie okap, kran, czy zmywarka. Ja tę metodę zacznę stosować od zaraz, a Wy co o tym myślicie? Jakie są Wasze sposoby na naukę nowych nieoczywistych słówek?
Pod spodem zdjęcie samochodu z biedronkowego słownika obrazkowego i foty flag krajów Europy, których używam podczas moich zajęć z trzecioklasistami. :) Dobranoc!
sobota, 5 września 2015
Przesilenie wrześniowe, czyli jak to się zaczyna rok szkolny
Nowy rok szkolny zaczyna się z ogroomnym zapałem po fantastycznych wakacjach, częściowo przepracowanych, a częściowo wypoczynkowych. Wbrew moim wątpliwościom i obawom, tym razem udało mi się nie przepracować, co więcej, po tych wakacjach czuję się nawet wypoczęta i mam ochotę wracać do codziennych obowiązków- praktyk i korepetycji, a za niecały miesiąc- do nauki i pisania pracy licencjackiej. Do tych dwóch ostatnich jakoś mi się nie pali, choć cieszę się, że (jeśli wszystko się powiedzie) nareszcie skończę ten etap studiów. Jednocześnie, nigdy wcześniej, tak jak teraz, nie doceniałam tego okresu w życiu. Studia to dla mnie przede wszystkim duża swoboda, właściwie na każdej płaszczyźnie życia- czasu jest dużo, zajęcia zaczynają się o różnych porach, piątki są często wolne. Jeśli się trochę bardziej zainteresować możliwościami, jakie dają nam studia, to okazuje się, że jest naprawdę fajnie, Mam szczególnie na myśli działalność uczelnianą, wolontariaty- na które jeszcze jest czas, programy mobilności studenckiej (MOST/ERASMUS) praktyki zagraniczne. Nic, tylko zacząć z tego korzystać.
Tak czy siak, najpierw trzeba zacząć rok szkolny, jako przyszłego nauczyciela już zaczęło mnie to dotyczyć. W końcu, już po raz drugi zaczęłam praktyki w podstawówce, na razie hospituję, ale od czwartku zaczynam uczyć. Nie mogę się doczekać. Szkoda tylko, że będę późno kończyć i zaraz po szkole będę biegać na korki, ale to tylko miesiąc, mam nadzieję, że plan na rok akademicki będzie w miarę rozsądny i uda się wszystko pogodzić.
Póki co, każdy wolny czas przeznaczam na przygotowanie się do uczenia. Od niedawna zaczynam zwracać uwagę na anglojęzyczne pomoce naukowe w sklepach, czy księgarniach. Moim ulubionym sklepem na tego typu zakupy stała się Biedronka. Może Was to zaskoczy, ale co jakiś czas znajdziecie tam naprawdę ciekawe i pomysłowe pozycje dla dzieci, czy z angielskiego, czy inne książeczki edukacyjne, gry, karty itp. A ceny kształtują się przeważnie w przedziale 7-20 złotych. Warto!
Co do końcówki wakacji, spędziłam je w kuchni, robiąc przetwory z pomidorów, czyli sosy słodko-kwaśne, keczupy, przeciery i suszone pomidory. Przy okazji towarzyszących temu upałów wpadłam na pomysł zrobienia herbaty mrożonej. Przepis bardzo prosty, a taki napój to superpomysł na orzeźwienie w gorące dni. Wystarczy zaparzyć 200 ml zwykłej czarnej herbaty, posłodzić miodem, dolać około 750 ml wody mineralnej, wcisnąć połówkę cytryny, drugą połówkę pokroić w plasterki, dodać jeszcze kilka listków mięty i garść malin, i gotowe!
Wrzucam kilka zdjęć z tego tygodnia.
Tak czy siak, najpierw trzeba zacząć rok szkolny, jako przyszłego nauczyciela już zaczęło mnie to dotyczyć. W końcu, już po raz drugi zaczęłam praktyki w podstawówce, na razie hospituję, ale od czwartku zaczynam uczyć. Nie mogę się doczekać. Szkoda tylko, że będę późno kończyć i zaraz po szkole będę biegać na korki, ale to tylko miesiąc, mam nadzieję, że plan na rok akademicki będzie w miarę rozsądny i uda się wszystko pogodzić.
Póki co, każdy wolny czas przeznaczam na przygotowanie się do uczenia. Od niedawna zaczynam zwracać uwagę na anglojęzyczne pomoce naukowe w sklepach, czy księgarniach. Moim ulubionym sklepem na tego typu zakupy stała się Biedronka. Może Was to zaskoczy, ale co jakiś czas znajdziecie tam naprawdę ciekawe i pomysłowe pozycje dla dzieci, czy z angielskiego, czy inne książeczki edukacyjne, gry, karty itp. A ceny kształtują się przeważnie w przedziale 7-20 złotych. Warto!
Co do końcówki wakacji, spędziłam je w kuchni, robiąc przetwory z pomidorów, czyli sosy słodko-kwaśne, keczupy, przeciery i suszone pomidory. Przy okazji towarzyszących temu upałów wpadłam na pomysł zrobienia herbaty mrożonej. Przepis bardzo prosty, a taki napój to superpomysł na orzeźwienie w gorące dni. Wystarczy zaparzyć 200 ml zwykłej czarnej herbaty, posłodzić miodem, dolać około 750 ml wody mineralnej, wcisnąć połówkę cytryny, drugą połówkę pokroić w plasterki, dodać jeszcze kilka listków mięty i garść malin, i gotowe!
Wrzucam kilka zdjęć z tego tygodnia.
niedziela, 30 sierpnia 2015
Moje miejskie wakacje w Krakowie, czyli jak zostałam zakupoholiczką
Na każdym rogu coś kusiło, a to zapachem, a to dekoracją, oryginalnością. Od czasu do czasu, szczególnie po dłuższym okresie intensywnej pracy, mam ogromną chęć wydawania pieniędzy. Choć zarzekam się, że im mniej ich roztrwonię, tym więcej wpadnie do świnki skarbonki na podróże i inne pożyteczne formy spędzania wolnego czasu, to i tak kupowanie 'pierdół' raz na jakiś czas sprawia mi bardzo dużą przyjemność.
Tym razem przemożna chęć kupowania naszła mnie w Krakowie, podczas gdy odwiedziłam mojego chłopaka. Od rana do popołudnia on chodził do pracy, a ja szłam wtedy gdzieś na miasto, spacerowałam, jeździłam tramwajami albo samochodem i kupowałam. Nie chodziłam jednak po galeriach, bo kupowanie rzeczy łatwo dostępnych przynosi mi mało satysfakcji. Postanowiłam zatem rozejrzeć się za krakowskimi antykwariatami i szmateksami. Mission- completed.
W każdym z miejsc udało mi się zdobyć coś ciekawego, unikatowego, a co równie ważne - po okazyjnej cenie. I tak oto stałam się posiadaczką dwóch anglojęzycznych egzemplarzy "Gwiezdnego pyłu" i "Tajemnicy Bożego Narodzenia", a także "Wierszyków domowych"(polecam dla dzieci w wieku 5-6 lat), które sprezentowałam mojemu bratankowi Aleksowi. Poza tym, kupiłam sobie do auta kasetę UB40, nie wiem w dalszym ciągu, czy moje Baleno ją odtworzy, bo nieopatrznie zostawiłam ją w Krakowie.
Jeśli idzie o krakowskie second-handy, odkryłam swoje absolutne faworyty. Stanowczo odradzam wizytę w bigastyl(byłam sprawdziłam), ogromny moloch, a ubrania niespecjalne. W poszukiwaniu 'ekskluzywnych' używanych egzemplarzy, polecam wybrać się na ul. Krakowską na Kazimierzu i buszować tam przez pół dnia- można się ubrać na cały sezon, w rozsądnych cenach.
Pisałam w poprzednim poście o spotkaniu językowym zorganizowanym przez Language Exchange Club. Otóż, u nich praca klubu wygląda nieco inaczej niż w Rzeszowie, tam raczej nie ma spotkań grupowych, a można umówić się z kimś na indywidualne konwersacje. Kiedy byłam w Krakowie, odbyło się tylko jedno spotkanie- polsko-rosyjskie. Niestety, mimo ogromnych chęci nauczenia się i tego języka, po rosyjsku nie jestem w stanie się porozumieć, więc odpuściłam, może uda mi się pójść innym razem. Dla tych, którzy są zainteresowani, w środę w Kawiarni Stopklatka zapowiada się Czech Meeting, szkoda, że muszę być wtedy w Rzeszowie.
Jak sami widzicie, Kraków poznałam, zgodnie z zamierzeniem, od konkretnej nieco mniej turystycznej strony, ale jestem z siebie dumna, bo w niektóre z tych miejsc jeździłam samochodem, co oznacza u mnie przełamanie ogromnej bariery, nigdy wcześniej bez stresu nie jeździłam po tym mieście samochodem.
Na koniec dodam, że aktualnie czytam "Wychowanie przez czytanie", więcej o książce napiszę innym razem, jak uda mi się dobrnąć do jej końca, ale już teraz wiem, że zgadzam się z niemal każdym słowem w niej napisanym, więc na bank będę polecać!
Pod spodem wrzucam kilka zdjęć, które udało mi się pstryknąć podczas tego szaleńczego tygodnia. Jest też jedno ze spaceru z Kamilem nad Wisłą.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Kilka słów o weekendzie w Żywcu i o planach na tydzień w Krakowie
W piątek skończyłam pracę na półkoloniach, na ten rok. Jak już pisałam wcześniej, czwarty turnus był fantastyczny, więc trochę mi było szkoda, że już ostatni dzień, ale cieszyłam się, że wreszcie odpocznę. W weekend planowaliśmy wyskoczyć gdzieś na śląskie, w góry albo do Zatoru. Padło na Żywiec. I super! Znów nie mieliśmy wystarczająco czasu, bo dojechaliśmy na miejsce około 15.
Wyjazd zupełnie spontaniczny, więc nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, po drodze zadzwoniłam do browaru w Żywcu, żeby umówić się na zwiedzanie. Rzutem na taśmę załapaliśmy się na ostatnią grupę zwiedzających, na godzinę 17. W weekendy o tej porze nie zwiedzimy browaru, jedynie muzeum (w cenie lane piwo albo sok;p ). Muzeum jest interaktywne i całkiem nam się podobało, najbardziej podróż wehikułem czasu. Przenosiliśmy się do wieku XIX, do okresu międzywojennego, przez PRL, aż po czasy współczesne. Warto się tam wybrać. Bilet wstępu 25 zł, a samo zwiedzanie z przewodnikiem trwa około godziny.
Wieczorem rozpaliliśmy sobie ogniskogrilla, przy okazji dokonaliśmy degustacji wódek smakowych z Soplicy, wygrała ta z czarnej porzeczki. Rano, po pysznym śniadaniu na tarasie z widokiem na góry, udaliśmy się do Szczyrku i wiechaliśmy kolejką na Skrzyczne, a tam czekała na nas parada atrakcji! Trafiliśmy na pole rozbiegowe paralotniarzy, piękne widoki zatrzymały nas na górze około godziny. Ciekawe, czy uda nam się kiedyś spróbować tym polatać. Jak zaczęło mocniej wiać, a nam zachciało się jeść, ruszyliśmy z powrotem do Żywca, gdzie w Karczmie Żywieckiej po ponadgodzinnym oczekiwaniu, zjedliśmy zupełnie średni obiad. Ostatnio z Kamilem nie mamy szczęścia do knajp, chyba czas zacząć gotować samemu. A będzie teraz ku temu okazja, bo do piątku zostaję w Krakowie.
Planów na ten tydzień mam sporo. Szkoda tylko, że prawie żadnego nie zrealizuję dziś, bo zostałam uwięziona w mieszkaniu. Wszyscy wyszli do pracy, a Kamil zapomniał zostawić mi kluczy. Wybaczam mu, bo wychodził z mieszkania najwcześniej i mógł być zaspany. Tak więc pozostaje mi czekać do 16 i pilnować domu. Zapisałam się do krakowskiego Language Exchange Club, mam nadzieję, że w tym tygodniu uda mi się pójść na jakieś spotkanie. Chciałabym też trochę lepiej poznać Kraków, coby swobodniej się tu poruszać. W planach mam jeszcze wypad do Ikeły, bo jest tuż obok mieszkania. Może przejdę się też do przychodni, bo jestem przeziębiona. Bardzo mnie drażni kręcenie w nosie i ciągły ból gardła. Choć mam nadzieję, że domowe sposoby i wygrzewanie pomogą...
Zobaczcie fotki z mojego nowego tracer'a, wrzucam też filmik sprzed startu paralotniarzy. Wybaczcie mi datę w rogu każdego ze zdjęć, dopiero uczę się obsługi tej kamerki. ;p
Wyjazd zupełnie spontaniczny, więc nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, po drodze zadzwoniłam do browaru w Żywcu, żeby umówić się na zwiedzanie. Rzutem na taśmę załapaliśmy się na ostatnią grupę zwiedzających, na godzinę 17. W weekendy o tej porze nie zwiedzimy browaru, jedynie muzeum (w cenie lane piwo albo sok;p ). Muzeum jest interaktywne i całkiem nam się podobało, najbardziej podróż wehikułem czasu. Przenosiliśmy się do wieku XIX, do okresu międzywojennego, przez PRL, aż po czasy współczesne. Warto się tam wybrać. Bilet wstępu 25 zł, a samo zwiedzanie z przewodnikiem trwa około godziny.
Wieczorem rozpaliliśmy sobie ogniskogrilla, przy okazji dokonaliśmy degustacji wódek smakowych z Soplicy, wygrała ta z czarnej porzeczki. Rano, po pysznym śniadaniu na tarasie z widokiem na góry, udaliśmy się do Szczyrku i wiechaliśmy kolejką na Skrzyczne, a tam czekała na nas parada atrakcji! Trafiliśmy na pole rozbiegowe paralotniarzy, piękne widoki zatrzymały nas na górze około godziny. Ciekawe, czy uda nam się kiedyś spróbować tym polatać. Jak zaczęło mocniej wiać, a nam zachciało się jeść, ruszyliśmy z powrotem do Żywca, gdzie w Karczmie Żywieckiej po ponadgodzinnym oczekiwaniu, zjedliśmy zupełnie średni obiad. Ostatnio z Kamilem nie mamy szczęścia do knajp, chyba czas zacząć gotować samemu. A będzie teraz ku temu okazja, bo do piątku zostaję w Krakowie.
Planów na ten tydzień mam sporo. Szkoda tylko, że prawie żadnego nie zrealizuję dziś, bo zostałam uwięziona w mieszkaniu. Wszyscy wyszli do pracy, a Kamil zapomniał zostawić mi kluczy. Wybaczam mu, bo wychodził z mieszkania najwcześniej i mógł być zaspany. Tak więc pozostaje mi czekać do 16 i pilnować domu. Zapisałam się do krakowskiego Language Exchange Club, mam nadzieję, że w tym tygodniu uda mi się pójść na jakieś spotkanie. Chciałabym też trochę lepiej poznać Kraków, coby swobodniej się tu poruszać. W planach mam jeszcze wypad do Ikeły, bo jest tuż obok mieszkania. Może przejdę się też do przychodni, bo jestem przeziębiona. Bardzo mnie drażni kręcenie w nosie i ciągły ból gardła. Choć mam nadzieję, że domowe sposoby i wygrzewanie pomogą...
Zobaczcie fotki z mojego nowego tracer'a, wrzucam też filmik sprzed startu paralotniarzy. Wybaczcie mi datę w rogu każdego ze zdjęć, dopiero uczę się obsługi tej kamerki. ;p
środa, 19 sierpnia 2015
Language Exchange Club reaktywacja
Inicjatywa, która zrodziła się na Ukrainie i ma na celu wymianę językową poprzez mówienie/konwersacje osób, które umawiają się w barze lub w jakimkolwiek innym miejscu, żeby pogadać i podszlifować swoje umiejętności językowe, zaczęła działać również w Rzeszowie już jakiś czas temu.
Klub powstał z inicjatywy mojej przyjaciółki Karoliny Guzek i mojej w październiku 2014. Pomału, od podstaw budowałyśmy społeczność na fejsbuku, pytałyśmy jak to wygląda w innych dużych miastach w Polsce, organizowałyśmy spotkania w Irish Pub'ie, potem w K20, można było rozmawiać po angielsku, hiszpańsku, niemiecku, czy grecku. Na wakacjach spotkania się nie odbywały, aż do dnia dzisiejszego.
Z uwagi na przybywających członków LEC na fejsbuku, postanowiłam wziąć się znów do roboty i spotkać się z tymi, co tymczasem są w Rzeszowie. Grupa dziś była niewielka, aczkolwiek mocna. Każdy mówił bardzo dobrze po angielsku i był żywo zainteresowany rozmową i spotkaniami. Z początku nie wiedzieliśmy, jak ugryźć temat tak, żeby nie było za sztywno (z większością widzieliśmy się po raz pierwszy), a jednocześnie skorzystać na tym językowo.
Ktoś zaproponował zatem grę w Taboo i był to absolutny strzał w dychę. Zabawa polegała na tym, że losowało się karteczki z hasłami (wcześniej przez nas przygotowane samodzielnie), pod hasłami (typu: car, mother, house) wypisane były cztery słowa, których nie wolno używać w trakcie opisywania hasła, a pozostali mają za zadanie odgadnąć, o jakie słowo chodzi. Łatwe i szybkie w przygotowaniu, choćby na bieżąco, a jest przy tym kupa śmiechu, no i językowo trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby przedstawić hasło w niebanalny sposób. Zobaczcie sami, jak wygląda przykładowa karta . Dorzucam foty z dzisiejszego spotkania angielskiego w Lychee.
Klub powstał z inicjatywy mojej przyjaciółki Karoliny Guzek i mojej w październiku 2014. Pomału, od podstaw budowałyśmy społeczność na fejsbuku, pytałyśmy jak to wygląda w innych dużych miastach w Polsce, organizowałyśmy spotkania w Irish Pub'ie, potem w K20, można było rozmawiać po angielsku, hiszpańsku, niemiecku, czy grecku. Na wakacjach spotkania się nie odbywały, aż do dnia dzisiejszego.
Z uwagi na przybywających członków LEC na fejsbuku, postanowiłam wziąć się znów do roboty i spotkać się z tymi, co tymczasem są w Rzeszowie. Grupa dziś była niewielka, aczkolwiek mocna. Każdy mówił bardzo dobrze po angielsku i był żywo zainteresowany rozmową i spotkaniami. Z początku nie wiedzieliśmy, jak ugryźć temat tak, żeby nie było za sztywno (z większością widzieliśmy się po raz pierwszy), a jednocześnie skorzystać na tym językowo.
Ktoś zaproponował zatem grę w Taboo i był to absolutny strzał w dychę. Zabawa polegała na tym, że losowało się karteczki z hasłami (wcześniej przez nas przygotowane samodzielnie), pod hasłami (typu: car, mother, house) wypisane były cztery słowa, których nie wolno używać w trakcie opisywania hasła, a pozostali mają za zadanie odgadnąć, o jakie słowo chodzi. Łatwe i szybkie w przygotowaniu, choćby na bieżąco, a jest przy tym kupa śmiechu, no i językowo trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby przedstawić hasło w niebanalny sposób. Zobaczcie sami, jak wygląda przykładowa karta . Dorzucam foty z dzisiejszego spotkania angielskiego w Lychee.
wtorek, 18 sierpnia 2015
Bardzo młoda historia miłosna
On zapatrzony w nią jak w obraz, Ona, trzymając go za rękę, drugą wyciera Mu pot z czoła, z troski, bo pogoda iście afrykańska. Siedzą oboje i czekają, aż autokar ruszy z miejsca. Zakochani w sobie odkąd tylko się zobaczyli pierwszego dnia, nie odstępują siebie ani na krok. Gdy każde wraca do domu, wciąż o sobie myślą, nie mogąc doczekać się kolejnego dnia.
Brzmi jak scenariusz komedii romantycznej? Nic bardziej mylnego. Bohaterowie mojego opisu mają nie po 25, lecz po 7 lat, ale miłości od nich mógłby się od nich uczyć niejeden dorosły. Oboje po powrocie do domu wyczekują z ekscytacją kolejnego dnia... półkolonii. Są naprawdę słodcy, bardzo się o siebie troszczą i pięknie do siebie zwracają. On przepuszcza ją w drzwiach, Ona nie zapomina się z nim pożegnać, gdy po południu odbiera ją mama. Planują już wspólnie zakup kafelków do łazienki, a nawet myślą o czerwonym ferrari. To wszystko, czego się do tej pory nauczyli o miłości, w taki sposób ją sobie wyobrażają i tak dużo już na jej temat zaobserwowali.
Gdy tak patrzę na naszych Małych Zakochanych, nasuwa mi się skojarzenie z filmem, który opowiada o dziecięcej miłości. Niezwykle zabawny, pełen ciepła, naturalny, momentami wręcz śmieszny film Wesa Andersona- Kochankowie z Księżyca. Akcja rozgrywa się w latach 60. ub. wieku, a jej bohaterami są nastolatkowie Sam i Suzy, którzy postanawiają uciec z domu. Zaniepokojeni rodzice, wściekły kapitan Sharp i niewytłumaczalne nieraz poczynania młodziutkiej dwójki. To wszystko zobaczycie w Kochankach... Polecam, sami zobaczcie zwiastun:
Subskrybuj:
Posty (Atom)








