Mijają cztery lata, odkąd przestraszona, zupełnie nieświadoma tego, co mnie czeka, jechałam ośmiogodzinnym pociągiem do Wrocławia, żeby złożyć dokumenty na studia, na które się dostałam bez najmniejszego problemu. Papiery można było dosłać pocztą, ale ja wolałam pojechać osobiście, dla pewności, że dotrą, że są właściwe. Przy okazji poznałam wtedy kawał miasta, w którym w październiku tego samego roku zamieszkałam. Na krótko.
Choć od drugiej klasy liceum bardzo chciałam studiować iberystykę, nie żałuję swojego powrotu. Zaraz po powrocie podjęłam kompletnie nieodpowiednie dla siebie studia, w tym czasie dostałam masę wsparcia od Pauliny, z którą do dziś chodzę do przystani. Dzięki tym studiom poznałam Ilonę i Gabę, z którymi spotykam się do dziś i które zawsze podnosiły mnie na duchu, gdy tego w tamtym okresie bardzo potrzebowałam. Również na tych nieodpowiednich studiach tańczyłam taniec ludowy, gdzie także poznałam fantastycznych ludzi i był to również fajny epizod w moim życiu.
Studiując właśnie na polibudzie, zapisując się do jeszcze bardziej nieopowiedniej dla mnie organizacji, poznałam Karolinę, która stała się dla mnie siostrą, której jestem wdzięczna za to, że się odważyłam zrealizować swoje plany na życie, to z nią wybrałam się w podróż autostopem do kraju, w którym obowiązuje ruch lewostronny, razem z nią pracowałam w lecie w hostelu i piłam wino od pana Milana nad Vltavą, dzięki niej przewartościowałam swoje życie i skupiłam na sobie i swoich potrzebach.
I wtedy zaczęłam filologię angielską na Uniwersytecie w Rzeszowie, gdzie nigdy w życiu nie chciałam studiować. Trochę kręciłam nosem, ale postanowiłam dać temu kierunkowi szansę. Nie sądziłam, że będzie mi tu tak dobrze. Byłam starsza i bardziej doświadczona od moich rówieśników z roku, co dało mi duże poczucie bezpieczeństwa i dzięki temu czułam się pewniej niż rok wcześniej. Wiedziałam już 'z czym to się je', więc nie dawałam się zwariować absurdom pojawiającym się po drodze.
Miałam już wtedy samochód, więc mogłam sobie pozwolić na większą liczbę korków, okazało się, że jestem w tym dobra i dzieci naprawdę chcą się ze mną uczyć. Na uczelni szło mi naprawdę bardzo dobrze, nauczyciele akademiccy okazali się bardzo błyskotliwi i życzliwi dla studentów. Atmosfera na ćwiczeniach była jak w liceum, kontakt z wykładowcami super, w porównaniu do polibudy. Było naprawdę miło. Co więcej, okazało się, że jestem dobra z metodyki, a więc dzieci miały rację- faktycznie umiem nauczyć. A na drugim roku zaczęły się przedmioty językoznawcze, które też dobrze rozumiałam, a nawet polubiłam. W końcu z językoznawstwa napisałam pracę licencjacką, którą obroniłam na piątkę.
Po pierwszych imprezach na roku, wyklarowały się ekipy i zaczęliśmy się 'trzymać ze sobą'. I tak poznałam Magdę i Martę. Dziewczyny, z którymi do końca trzymałam sztamę i z którymi często spotykałam się także po zajęciach. Inną historią jest moja znajomość z Anią. To jest dziewczyna, która przyszła do nas na drugi semestr. Kiedy tylko ją zobaczyłam, wiedziałam, że się zakumplujemy. Spokojna, ładna i mądra blondynka, która tak jak ja była na swoich trzecich studiach, też całe życie mieszkała w Rzeszowie, a na dodatek była w moim wieku, czad. Wspólnych tematów nie brakowało. Choć dziś mieszkamy chwilowo w różnych miejscach, nadal ze sobą trzymamy i mamy się dobrze.
Po tych kilku latach, w których nieraz trudno mi było się odnaleźć, jestem wdzięczna losowi, że te wszystkie osoby pojawiły się w odpowiednim czasie na mojej drodze, bez nich byłabym zupełnie inną osobą. Teraz jestem bardzo szczęśliwa, realizuję się na kilku płaszczyznach i rozwijam swoje pasje. Ostatnio byłam w Hiszpanii, bo nadal bardzo lubię ten kraj i tę kulturę, wciąż też mówię po hiszpańsku. Co zabawne, mój narzeczony jest inżynierem w hiszpańskiej firmie, więc nie uwolnię się od tego języka tak prędko. Co więcej, pod koniec roku dostałam pracę w jednej ze szkół językowych, a więc czeka mnie w sierpniu bardzo ciekawy kurs metody Helen Doron.
Myślę, że dopiero gdy złapiesz dystans, jesteś w stanie dostrzec, że gdy los zabiera coś dobrego, to po to, żeby nam dać coś jeszcze lepszego. To mega przyjemne czerpać szczęście z małych rzeczy, ale trzeba się nauczyć je najpierw zauważać. Choć miewam czasem gorsze dni, czy nawet miesiące, wiem, że los obsypał mnie złotem, a każdy kryzys pojawia się po to, żeby się rozwijać. To były dobre cztery lata!
wtorek, 19 lipca 2016
czwartek, 23 czerwca 2016
W drodze do Santiago...
Sporo czasu mnie tu nie było, nie pisałam, bo albo brakowało czasu, albo weny. Działo się zresztą tak dużo, że nie wiedziałam, o czym chętniej napiszę. Byliśmy na Węgrzech, ja zakończyłam sesję i dostałam pracę, ale to wszystko mało fascynująze. Z perspektywy ważniejsze było dla mnie coś innego i zdziwię Was, ale napiszę o wycieczce rowerowej, na którą wybraliśmy się z Kamilem w poprzedni weekend.
Nie wiem, czy wierzycie, że jakaś Siła Sprawcza zsyła nam na drogę pewne znaki, ale ja jestem o tym przekonana. Moim zdaniem nic nie dzieje się bez powodu. Również zupełnie nieprzypadkowo pojawiła się na naszej wycieczce po okolicy kapliczka. Trochę pobłądziliśmy, choć byliśmy tylko w Malawie. Szukaliśmy zatem drogi powrotnej do domu, aż tu nagle(jak zawsze w Koniu Rafle) po prawej stronie drogi pojawiła się kapliczka, początkowo mieliśmy ją minąć, ale była szczególna. Większa, niż typowe, przydrożne z Maryją, prosta otoczona dokoła drzewami i nienachalna.
Podjechaliśmy do niej, bo pomyśleliśmy, że gdzieś obok niej znajdziemy drogowskazy na właściwe szlaki rowerowe. To co zobaczyliśmy przeszło jednak nasze najśmielsze oczekiwania. Przed nami stanęła tablica, na której znajdowały się dwie mapy- Polski i Europy, a na nich wytyczone szlaki do samego Santiago de Compostela! Prowadzące dokładnie przez punkt, w którym się znajdowaliśmy. Nic specjalnego, pomyślicie. Owszem, też by nas to tak nie ujęło, gdyby nie fakt, że całą drogę spędziliśmy na rozmowie o tym, żeby się w końcu zorganizować i przejść lub przejechać rowerem drogę św. Jakuba. Zobaczcie zdjęcia, to był naprawdę piękny dzień.
Nie wiem, czy wierzycie, że jakaś Siła Sprawcza zsyła nam na drogę pewne znaki, ale ja jestem o tym przekonana. Moim zdaniem nic nie dzieje się bez powodu. Również zupełnie nieprzypadkowo pojawiła się na naszej wycieczce po okolicy kapliczka. Trochę pobłądziliśmy, choć byliśmy tylko w Malawie. Szukaliśmy zatem drogi powrotnej do domu, aż tu nagle(jak zawsze w Koniu Rafle) po prawej stronie drogi pojawiła się kapliczka, początkowo mieliśmy ją minąć, ale była szczególna. Większa, niż typowe, przydrożne z Maryją, prosta otoczona dokoła drzewami i nienachalna.
Podjechaliśmy do niej, bo pomyśleliśmy, że gdzieś obok niej znajdziemy drogowskazy na właściwe szlaki rowerowe. To co zobaczyliśmy przeszło jednak nasze najśmielsze oczekiwania. Przed nami stanęła tablica, na której znajdowały się dwie mapy- Polski i Europy, a na nich wytyczone szlaki do samego Santiago de Compostela! Prowadzące dokładnie przez punkt, w którym się znajdowaliśmy. Nic specjalnego, pomyślicie. Owszem, też by nas to tak nie ujęło, gdyby nie fakt, że całą drogę spędziliśmy na rozmowie o tym, żeby się w końcu zorganizować i przejść lub przejechać rowerem drogę św. Jakuba. Zobaczcie zdjęcia, to był naprawdę piękny dzień.
środa, 4 maja 2016
Zamiast Lwowa - Krosno i Odrzykoń. Back to '99 z młodszym pokoleniem!
Choroba w majówkę to przykra sprawa, ale do przeżycia, jeśli wymyśli się na poczekaniu jakiś plan be. Nam się poszczęściło i zaświtał nam w głowach pewien pomysł. Choć początkowo chcieliśmy jechać do Lwowa, musieliśmy pogodzić się z faktem, że tegoroczną majówkę spędzimy "rodzinnie" w Krośnie, zahaczając przejazdem o Odrzykoń! Właściwie, aktywny wypoczynek rozpoczęliśmy już 2 maja, inaugurując tym samym sezon rowerowy, ale konkretna wycieczka odbyła się dopiero we wtorek 3 maja. Jak stwierdził Aleks, miało być balonowisko, było lotnisko. No nic, musimy wrócić za rok na konkurencje balonowe. Tak czy siak, wyjazd był ogólnie bardzo udany i świetnie się bawiliśmy- Aleks, Paulina, Kamil i ja. Zobaczcie sami w krótkiej relacji!
czwartek, 14 kwietnia 2016
"Super triki mnemotechniki", czyli o metodzie bezbolesnego wkuwania
Nie od dziś wiadomo, że języka najlepiej uczy się wielozmysłowo, jednocześnie widząc, słysząc, dotykając i smakując. Nie każde słówko i nie każdą konstrukcję gramatyczną da się poczuć lub posmakować (chyba że prowadzimy lekcję o owocach, to można zaserwować coś ekstra;)), ale zupełnie kreatywnie można coś zobaczyć i zapamiętać, wtedy nazywa się to mnemotechniką.
Większości uczących i uczonych doskonale znane są flashcardy i fiszki. Tak, tak, okazuje się, że to dwie różne rzeczy. Jak przekonuje pani Edyta Madej, prowadząca szkolenia nt. mnemotechniki, flashcard'y mają z jednej strony wyłącznie obrazek, a z drugiej napis, natomiast fiszki są opisane z obu stron- awers zawiera np. słówko polskie i ewentualnie obrazek pomocniczy, natomiast rewers- słówko przetłumaczone na j. angielski. Ot, cała różnica.
Trzeba nam wiedzieć, że popularne fiszki i flashcard'y to jedynie foot of the mountain różnych technik zapamiętywania. Są jeszcze inne sposoby na naukę słówek/gramatyki w sposób mniej oklepany. Wypróbujcie koniecznie literoobrazy- słówko, które jest jednocześnie prostym rysunkiem, przedstawiającym to, co kojarzy nam się z danym słówkiem. Pod spodem wrzucam kapitalne pomysły na literoobrazy, zaczerpnięte ze stronki drawidea:
Jest jeszcze jeden supertrik, który okazuje się bardzo pomocny, gdy wyłączymy logikę, a jednocześnie uruchomimy poczucie humoru. Chodzi o Metodę Słów Zastępczych. MSZ ma na celu zastąpienie słówka angielskiego(lub poch. z innego języka) słówkiem polskim i przypisanie mu jakiejś funkcji w wyobraźni. Ciekawym przykładem zastosowania metody jest hiszpańskiego 'regalo' oznaczającego 'prezent', Tu działa wyłącznie wyobraźnia.
Zamknij oczy. Wyobraź sobie regał. Jest masywny, drewniany... Wyciąga do Ciebie obie ręce, a w nich trzyma prezent, który jest dla Ciebie. Mówi przy tym: regalo, regalo, regalo...
Co to jest regalo? Nie regał, lecz prezent. Regał miał nam jedynie pomóc dojść do znaczenia słówka.
Gorąco zachęcam do stosowania powyższych metod w nauczaniu, one rozładowują napięcie związane z koniecznością wkuwania kolejnych słówek- szczególnie u najmłodszych, a u nieco starszych uczniów pozwolą beztrosko się powygłupiać, przy jednoczesnym zapamiętywaniu, które dzięki zabawie z wyobraźnią, będzie bezbolesne.
Większości uczących i uczonych doskonale znane są flashcardy i fiszki. Tak, tak, okazuje się, że to dwie różne rzeczy. Jak przekonuje pani Edyta Madej, prowadząca szkolenia nt. mnemotechniki, flashcard'y mają z jednej strony wyłącznie obrazek, a z drugiej napis, natomiast fiszki są opisane z obu stron- awers zawiera np. słówko polskie i ewentualnie obrazek pomocniczy, natomiast rewers- słówko przetłumaczone na j. angielski. Ot, cała różnica.
Trzeba nam wiedzieć, że popularne fiszki i flashcard'y to jedynie foot of the mountain różnych technik zapamiętywania. Są jeszcze inne sposoby na naukę słówek/gramatyki w sposób mniej oklepany. Wypróbujcie koniecznie literoobrazy- słówko, które jest jednocześnie prostym rysunkiem, przedstawiającym to, co kojarzy nam się z danym słówkiem. Pod spodem wrzucam kapitalne pomysły na literoobrazy, zaczerpnięte ze stronki drawidea:
Jest jeszcze jeden supertrik, który okazuje się bardzo pomocny, gdy wyłączymy logikę, a jednocześnie uruchomimy poczucie humoru. Chodzi o Metodę Słów Zastępczych. MSZ ma na celu zastąpienie słówka angielskiego(lub poch. z innego języka) słówkiem polskim i przypisanie mu jakiejś funkcji w wyobraźni. Ciekawym przykładem zastosowania metody jest hiszpańskiego 'regalo' oznaczającego 'prezent', Tu działa wyłącznie wyobraźnia.
Zamknij oczy. Wyobraź sobie regał. Jest masywny, drewniany... Wyciąga do Ciebie obie ręce, a w nich trzyma prezent, który jest dla Ciebie. Mówi przy tym: regalo, regalo, regalo...
Co to jest regalo? Nie regał, lecz prezent. Regał miał nam jedynie pomóc dojść do znaczenia słówka.
Gorąco zachęcam do stosowania powyższych metod w nauczaniu, one rozładowują napięcie związane z koniecznością wkuwania kolejnych słówek- szczególnie u najmłodszych, a u nieco starszych uczniów pozwolą beztrosko się powygłupiać, przy jednoczesnym zapamiętywaniu, które dzięki zabawie z wyobraźnią, będzie bezbolesne.
środa, 6 kwietnia 2016
Hokus krokus, czyli o weekendzie inspirowanym szczęściem
Dziś będzie krótko i zwięźle. Wstawiam za to dużo zdjęć, więc let them speak...
Po krótce, oddałam drugi rozdział pracy, co zrzuciło z moich ramion sto kilo zmartwień, sami rozumiecie, potem spakowałam bluzę, ręcznik i szczoteczkę, założyłam na nogi trekkingi, po drodze podrzuciłam bibliografię pracy na URz i potem rura na autostradę!
Weekend był cudowny, zobaczcie sami. Część pochodzi z Pienin, reszta z Tatr.
Choć zdjęcia z krokusami sugerowałyby, że byliśmy w Dolinie Chochołowskiej, to niestety, nie wchodziliśmy tam, ponieważ kolejkę po bilety uznaliśmy za zbyt czasochłonną i pojechaliśmy w bardziej undergroundowe(hehe) miejsce, na najwyżej położoną w Polsce wieś! To był strzał w dziesiątkę, podobnie jak kasza dzień wcześniej w restauracji Dobra Kasza Nasza- prosta, sycąca niedroga i przepyszna.
Reasumując, było wszystko: piękne widoki, pogoda, pyszne jedzenie, rudy kotek, no i my! :)
poniedziałek, 14 marca 2016
Zblendowane smuty, czyli odwiedziny w Kociej Kawiarni Kociarni
Umówiliśmy się w Krakowie, jak zwykle, gdy nie jadę do Kamila samochodem. Oboje mieliśmy ochotę napić się kawy, ale zetknięcie z krakowskimi przydworcowymi cenami i zatłoczonymi lokalami odwiodło mnie od pomysłu spędzenia kolejnej godziny w Galerii Krakowskiej. Skoro już jesteśmy w Krakowie i tak rzadko mamy czas tylko dla siebie, pójdziemy do Rynku albo na Kazimierz. Zdecydowaliśmy się na cafe color, w którym widzieliśmy się po raz pierwszy, ale po drodze Kamil wspomniał, że jest gdzieś w Krakowie kawiarnia, w której mieszkają koty.
Jako zagorzała(hehe) fanka kotów i radia czwórki, od razu skojarzyłam, że musi być to coś na kształt warszawskiego miau cafe, o którym kilka miesięcy temu na antenie przeprowadzano wywiad z pomysłodawczynią. Przepadłam. Musiałam tam jechać jeszcze tego samego wieczoru. I nie żałowaliśmy.
Kawiarnia jest niepozorna, zaraz za wejściem do lokalu znajduje się "lada" wypełniona po brzegi słodkościami, kawy, herbaty i temu podobne. Ale na to w ogóle nie zwraca się uwagi w pierwszej chwili, bo na lewo od wejścia są drzwi. Drzwi do szafy! Aaaa, jak w Narni. Przechodzi się przez jedne, potem drugie i już jesteśmy w kocim królestwie. Fajnie! Naprawdę, jest bardzo czysto, cicho i spokojnie. Kotów jest tam kilka, wszystkie znalazły swój dom właśnie w Kociarni po różnych przejściach. Są piękne, czyste i zadbane.
Poza tym, że można się z nimi pobawić, oczywiście przestrzegając kociego regulaminu, nie budząc mruczków i nie świecąc im lampą po oczach, można też napić się pysznej kawy lub herbaty i zjeść ciacho. No a poza tym wszystkim, można zgarnąć wizytówkę do kociej mamy, która tymczasowo zajmuje się bezdomnymi miauczkami lub do zwierzęcego psychologa. Można też wspomóc kotki bez domu, kupując cegiełkę w postaci breloczka. Fajne miejsce!
wtorek, 8 marca 2016
Z czego zasłynęła Beatrix Potter, czyli o Dniu Kobiet na angielskim
Kolejny wpis z serii jak zaplanować lekcję angielskiego. Tym razem, co znajduje swoje uzasadnienie w kalendarzu, zapraszam Was do skorzystania z kilku miejsc w internecie, aby przygotować lekcję o Dniu Kobiet.
Pierwszym z nich jest niezawodny youtube. Znajdziecie tam wiele filmików o naszym święcie, jednak zaproponuję Wam ten, który mnie spodobał się najbardziej:
Pierwszym z nich jest niezawodny youtube. Znajdziecie tam wiele filmików o naszym święcie, jednak zaproponuję Wam ten, który mnie spodobał się najbardziej:
Uważam, że jest naprawdę fajny, bo bez napuszania się pokazuje siłę i niezależność współczesnej kobiety. To na początek lekcji.
Ponadto, można wybrać kilka historycznie ważnych nazwisk i opowiedzieć dziecku krótkie życiorysy wybranych kobiet, ja wybrałam kserówkę, na której trzeba dopasować życiorysy do takich osobistości jak: Gabriella Bonhuer 'Coco' Chanel, Beatrix Potter, Amelia Earhart i Benazir Bhutto. O zasługach dwóch ostatnich nie wiedziałam, więc napiszę po krótce, że: Amelia Earhart była pierwszą kobietą, która przeleciała samotnie jako pilot nad Atlantykiem w roku 1932 (jako druga samotna osoba na świecie), natomiast Benazir Bhutto to pakistańska polityk, a także premier Pakistanu w latach 1988–1990 oraz 1993-1996. Pierwsza kobieta, która została premierem kraju muzułmańskiego.
Ale to nie wszystko. Po opisaniu kilku działaczek, warto pokazać dziecku, że może przeczytać na ich temat więcej i samodzielnie na stronie Children Encyclopedia of Women.
Z mojej strony to już chyba wszystko na ten temat. Życzę więc wszystkim kobietom dużo siły, aby mogły realizować wyznaczone przez siebie cele, a przy tym wykonywać swoje obowiązki, których mają bardzo wiele.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















